Miejsce Schillera? Gdy biedny się żeni, noc jest krótka

Wesele

30 Lis Miejsce Schillera? Gdy biedny się żeni, noc jest krótka

Tryptyk to konstrukcja, która spina widowiska teatru STU od Spadania po Akropolis. Zapewne Jasiński na czas zenitu swojej drogi twórczej zechce jeszcze wprowadzić Dziady Mickiewicza na Skałkę albo na Wawel, żeby porównać je z inscenizacjami Leona Schillera i Konrada Swinarskiego. Spośród twórców polskiego teatru znajduje się najbliżej miejsc, które po sobie pozostawili. Na razie ułożył uwerturę do Dziadów z arcydramatów Wyspiańskiego: Wesele, Wyzwolenie i Akropolis. Po raz pierwszy zagrał je wszystkie razem w dniu Święta Niepodległości 11 listopada 2014 roku po południu, kiedy manifestacja (pro) i demonstracja (kontra) kończyły się na rynku Starego Miasta w Krakowie, a uczestnicy wyjątkowo nie zadymy, lecz spotkania „po bożemu” rozchodzili się do domów. I kiedy z kulis wszedł na scenę Kardynał, miało się wrażenie, że wchodzi nie z garderoby, a z ulicy.

Jasiński zagrał Wesele na początek tryptyku. Zrobił to tak, jak gdyby zastanawiając się, jak tu wykorzystać inscenizacje Pastorałki i Dziadów Schillera, nie rezygnując z własnego Teatru Ogromnego. Po przerwie zobaczyliśmy, jak Swinarski zrobiłby dziś Wyzwolenie, w którym każda fraza z początku utworu brzmi znajomo, lecz funkcjonuje niezależnie od dramatu jako autonomiczne przesłanie z najbardziej chyba wyrazistym żądaniem: „Strójcie mi, strójcie narodową scenę”. Ta scena musi być gotowa na przyjęcie zarówno patosu, jak i groteski, w którą wykoleił się Akropolis, pamiętany w teatrze polskim jako jedno z pierwszych osiągnięć Jerzego Grotowskiego, którego Jasiński zapędził do klubu gejowskiego, gdzie Helena i Parys przypłynęli z Troi do baru go-go. Wszystkie trzy części związał reżyser nitkami narracyjnymi, które wiodą przez osnowę dywanu jako opowieści o Poecie z Wesela, który jest nim także w Wyzwoleniu, jak i w Akropolis. Żyd z Wesela staje się księdzem w drugiej części, Rachela też ma co robić w każdym z trzech nomen omen aktów. Do tych nitek dodał Jasiński potężne więzy muzyczne, gdzie songi jak w Senniku polskim splatają głos z laserowymi salwami, którymi strzela kosmos przykrojony do potrzeb geografii politycznej przełomu stuleci. Równie dobrze poprzednich, jak i obecnych dwu stuleci. To dzięki Wyspiańskiemu Jasiński przypomina, że powstania wywoływano w Warszawie (czasami w Poznaniu czy Gdańsku, nie licząc insurekcji kościuszkowskiej, którą ogłosił generał armii amerykańskiej piszący po klęsce wiernopoddańcze listy do cara). Natomiast refleksje na temat powstań najgłębiej drążono w Krakowie. To tam właśnie pisał Wyka o równoległości planów w Weselu – realistyczno-komediowego i narodowo-mistycznego. To tam właśnie uczniowie Wyki – Puzyna, Flaszen, Błoński i Kijowski – podsuwali myśl o tym, że aby dokonało się wyzwolenie, musi najpierw nastąpić zniewolenie. Jasiński w swoim tryptyku drugim, obecnym, pyta, czym jest dziś zniewolenie, a na jego pytania odpowiadają nie poloniści będący uczniami uczniów Wyki – Chudziński, Miklaszewski, Nyczek, a młodzi ludzie, którzy oddali głosy na Korwin-Mikkego i na PiS, co w pokoleniu kontestatorów, a więc twórców pierwszego tryptyku, byłoby nie do pomyślenia.

Gdy biedny się żeni, noc jest krótka.
Legenda. Kto był na premierze? Kto o niej pisał? Kto ją potem powtórzył? Kto w niej grał? Kto filmował?

W Krakowie zawsze było wolno więcej. Także za PRL.

Legenda od mitologii różni się tym, że jest oparta na prawdzie. Niezrozumiały modernista staje się wieszczem. To o Wyspiańskim. Kontestator staje się klasykiem. Siebie zmienił. Czy zmienił teatr? Spadanie przedprożem Hamleta z dwiema Ofeliami, Zemsta w Polskim i teraz tryptyk Wyspiańskiego. Każdy musi zagrać swoje Dziady. Jasiński może być następcą Leona Schillera. Jak mało kto się do tego nadaje.

W czasach premiery Wesela spektakl grano trzy do pięciu razy. W PRL były etaty i wszystko. Nigdy teatrowi nie powodziło się tak dobrze, jak w PRL. Aktorzy cieszyli się z obalenia PRL jako pierwsi. Aktorka obwieściła koniec komunizmu. Jasiński się nie wygłupił. On ten teatr stary obalił. A system zawalił się sam. Paru ludzi pomogło – Gorbaczow, Wojtyła, Wałęsa. Nie ma wśród nich Holoubka, Łomnickiego, Łapickiego.

Wieszcz nie mówi, co było. Wieszcz mówi, co będzie.

Chochoł to dziś Barbie ze słomy. Ale kiedyś był kukłą funkcjonalną i ludziom potrzebną. Okrywał wątłe i delikatne drzewka, może róże, które samodzielnie nie przetrwałyby zimy. Wielki dąb nie potrzebuje słomianego płaszcza nawet w trzaskający mróz (to nie mróz trzaska, to trzaskają drzewa na mrozie). Ale drzewko zmarniałoby bez chochoła. Wyspiański namalował je w roli dobrych, opiekuńczych współtowarzyszy warty na plantach, natomiast opisał jako wiechcie bez wnętrza. Jakże inaczej przyszłyby na wesele, gdyby trzymało je drzewko z korzeniami w ziemi?

Ten wypatroszony wiecheć, który być może rozebrał drzewko i uciekł jako płaszcz, stał się w Weselu absurdalnym stworem, który nie ma niczego do roboty poza machinalnym tańcem w transie. Jest symbolem niemocy, chociaż się porusza. Ma duszę, której nawet Wyspiański weń nie tchnął, bo ona tkwiła już pośród słów baśni ludowej w słowiańskiej mitologii. Stamtąd przedostała się do języka rosyjskiego, w którym chochły to pogardliwa nazwa Ukraińców. Dziś w Moskwie bardzo na czasie.

Wyspiański o tym nie wiedział, bo nigdy nie był w zaborze rosyjskim.

Według księdza Tischnera chochoł to symbol sarmackiej melancholii. Melancholia to skutek porażki. Sumy porażek. To nasza specjalność, nie sarmacka. Jesteśmy skrajnymi indywidualistami. Porażka musi być moja na własność. Robi mnie kimś. „Zazdroszczę jej bliźniemu” – jak mówią lekarze w filmie o Relidze.

Po obaleniu Gomułki publicystyka powitała nadejście Gierka tekstem publicystycznym Wiesława Górnickiego w „Życiu Warszawy” – Chochoły. Odbierał on wiechciowi chłopski rodowód, a uczynił go polskim narodowym znakiem. Zawołanie Górnickiego: „abyśmy chcieli chcieć”, jeśli na nie odpowiemy, uczyni nasz kraj kwitnącym ogrodem. Sukces nas ominął. Górnicki został doradcą generała Jaruzelskiego. Wiedział, że nie zmienimy w pojedynkę rezultatów II wojny światowej. Ale nastał Gorbaczow, ojciec wyzwolenia, który dziś na stare lata żałuje, że ogłosił jawność i wprowadził pierestrojkę.

Dusza Chochoła z dzisiejszego Wesela chodzi do dyskoteki i pokazuje tatuaże.

Jasiński przywołał wiersz Eliota o chochołach w przekładzie Miłosza, przez co wiecheć stał się symbolem uniwersalnym, który przedstawia „wydrążonych ludzi”.

Spadanie oparte na poemacie Tadeusza Różewicza pocięte było i posklejane z fragmentami wypowiedzi polityków, pedagogów i twórców teatru. Dziś do Wesela włączył Jasiński piosenkę Marka Grechuty z inwokacją Panno młoda, w której znajdziemy zapowiedź Wyzwolenia w słowach „wolność to wśród mądrych ludzi żyć”. O deficycie tych ludzi świadczy przytoczona później piosenka – hit disco polo Ona tańczy dla mnie. O sentymentalnym smutku balu w remizie świadczy Biały miś śpiewany na kacu nad ranem. Remiza oferuje dziś usługi w zakresie wesel i komunii świętych. Dworek Rydla zapadł się ze wstydu.

Puzyna pisał o spektaklach STU – z czego tu budować przyszłość? Z tych samych mitów? Jeśli mowa o mitach, a wieszcz inaczej mówić nie może, trzeba sięgać do legendy o świętych pracudach.

Teksty Wyspiańskiego otwarte na którejkolwiek stronie któregokolwiek dramatu zadziwiają aktualnością, jak gdyby pisane wczoraj.

Dla Wyspiańskiego Akropolis było dalszym ciągiem Wesela i Wyzwolenia. Lecz Jasiński pokazał je, żebyśmy zobaczyli, co z nekropolii narodowej przez ten czas zrobiono. Teofil Trzciński przepowiadał dramatowi długą przyszłość. Międzywojenne przedstawienie stało się według Schillera „widokówką krakowską”. Po wojnie reżyserował to Dejmek w Nowym w Łodzi, Kotlarczyk w Rapsodycznym Wojtyły i Grotowski jako Auschwitz w Opolu. Dejmek zatarł znaczenie Katedry Wawelskiej, Grotowski zrobił to razem z Szajną, który przeżył obóz w Oświęcimiu. Plemion cmentarzysko.

Dla poetów miary Wyspiańskiego i twórców teatru miary Jasińskiego Wzgórze Wawelskie to świętość narodowa. Hierarchowie nie daliby zgody, żeby grać tam Akropolis. Łatwiej im było zamienić katedrę na dom noclegowy. Tłumaczy ich jedynie to, że doba trwa tam wieczność. Kiedy „dyrektorem” był na Wawelu kardynał Sapieha, przyszli do niego dwaj pułkownicy poprosić o miejsce dla marszałka Piłsudskiego, protestanta, który miał się dobrze. Zapytali, czy znalazłoby się jeszcze jedno miejsce. „Może by się i znalazło, ale trzeba się pospieszyć” – odpowiedział „dyrektor”.

Jasiński widzi u podnóża Wawelu kabaret. Tłumaczą go choćby ostatnie wybory „elektroniczne”. Zagrzmiał na puentę pieśnią, która obudzi każdego. Upiora niestety też.

Krzysztof Mroziewicz

Dziennikarz „Polityki” i „Studia Opinii”.

21-11-2014www.teatralny.pl