Wędrowanie z Krzysztofem Jasińskim – część II

Wyzwolenie

18 Gru Wędrowanie z Krzysztofem Jasińskim – część II

Przeglądając historię inscenizacji Wyzwolenia, z łatwością można zauważyć, iż nie powtórzyło ono sukcesów Wesela, które gościło na scenach teatrów blisko sto pięćdziesiąt razy. Z Wyzwoleniem od samego początku wiązały się przeróżne problemy. Utworowi zarzucano rozwlekłość, niedramatyczność i nade wszystko niezrozumienie. Gabriela Zapolska obejrzawszy prapremierę sztuki (Kraków 28. 02. 1903) napisała: „Sceniczności szukać [w takich dziełach] jest po prostu szaleństwem”.

Zdecydowana większość widzów snuła analogiczne zarzuty. Trudności interpretacyjne spowodowały, iż dramat doczekał się nieco ponad sześćdziesięciu inscenizacji teatralnych, co, nawiasem mówiąc, nie jest mało, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż Wyzwolenie nie należy do kanonu lektur szkolnych, jak to miało miejsce w przypadku Wesela.

Reżyserom najwięcej problemów sprawiał akt II, czyli scena z maskami. Kolejne pomysły inscenizacyjne niezmiennie pozostawiały po sobie pewien niedosyt i wrażenie, iż spektakl nie oddaje ducha oryginału. Pewne, rewolucyjne jak na tamte czasy, odstępstwa przyniosła realizacja Wyzwolenia przez zespół Reduty (Wilno 23. 12. 1925), o czym wyraźnie świadczy opis Stefana Srebrnego „Maski – byli to ludzie w zwykłych współczesnych marynarkach, bez charakteryzacji, wyglądały tak, jakby wstali z krzeseł widowni; dyskusja między nimi i Konradem toczyła się w najbliższym sąsiedztwie widzów, robiła wrażenie dyskusji z nimi samymi. Martwy dotąd w teatrze akt drugi ożył, wciągnął w swój nurt widownię, pobudzał ją do myślenia wraz z poetą, pasjonował, wstrząsał”. Pomysły Osterwy okazały się trafione, zaś na dramat Wyspiańskiego zaczęto patrzeć łaskawszym okiem. Dziesięć lat później powrócono do jego koncepcji. W spektaklu przygotowanym przez Teatr Polski w Warszawie (08. 06. 1935) Leon Schiller nawiązał współpracę z Juliuszem Osterwą, który ponownie opracował akt drugi. Przedstawienie to zapisało się na kartach historii, jako wybitna inscenizacja. Tymon Terlecki w swojej recenzji nie szczędził pochwał twórcom spektaklu: „Całe widowisko [Schiller] steatralizował i zdynamizował. W akcie I wydobył ostry kontur, zgrzytliwy, jaskrawy ton pamfletu i persyflażu, jaki dźwięczy w Wyzwoleniu; (…) po szczegóły charakteryzujące odwołał się do portretów Matejki i Jacka Malczewskiego, nadawał szczególnym postaciom rysy osób rzeczywistych (…). Podobnie poczynał sobie z Maskami, mocno je indywidualizując”. Kolejni reżyserzy coraz śmielej interpretowali Wyspiańskiego. Leopold Pobóg-Kielanowski postawił w centrum uwagi dramat Konrada (Katowice 17. 09. 1936), zaś Teatr Artystów Cricot potraktował dramat satyrycznie i kabaretowo, wystawiając go w krakowskiej kawiarni plastyków (18. 02. 1938). Owe, skrajnie różne ujęcia tematu wyraźnie świadczą o tym, iż przez długie lata Wyzwolenie pozostawało w kręgu tekstów trudnych i niezrozumiałych, z których każdy brał to, co chciał.

Okres II Wojny Światowej przyniósł przerwę w inscenizacjach trudnego utworu. Dramat powrócił na deski teatrów w 50-tą rocznicę śmierci pisarza, czyli w 1957 roku. Nieoczywisty tekst prowokował, by zmierzyć się z nim na nowo. Szczególne zainteresowanie budziła poetyka utworu, która oscylowała wokół formalnych odkryć XX wieku, a niekiedy nawet je wyprzedzała. W roku jubileuszowym z Wyzwoleniem zmierzyli się: Bronisław Dąbrowski, Józef Wyszomirski i Wiliam Horzyca. Jak dowodzą opisy Edwarda Csató spektakle te w znacznej mierze nawiązywały do współczesnych wydarzeń, aktualizowały tekst i konfrontowały go z ówczesna rzeczywistością.

W późniejszych czasach dominuje zasada swobodnego stosunku reżysera do autora, Wyzwolenie okazało się idealnym szablonem do kreowania przeróżnych treści. Z tekstem mierzyło się szereg artystów, choć ja zwrócę uwagę tylko na tych, którzy w sposób szczególny interesowali się dramaturgią Wyspiańskiego, a byli to: Konrad Swinarski, Kazimierz Dejmek, Maciej Prus, Adam Hanuszkiewicz, Anna Augustynowicz oraz Waldemar Modestowicz. Większość z wymienionych przeze mnie postaci wielokrotnie sięgała zarówno po Wyzwolenie, jak i Wesele. Niektórzy, np. Adam Hanuszkiewicz łączył oba te teksty (Warszawa 15. 01. 1966), inni uzupełniali korespondencją z Lucjanem Rydlem lub listami Norwida. Pośród licznych znakomitych inscenizacji, za wzorcową do dziś uznaje się tę z 1974 roku. Autorem legendarnego widowiska był Konrad Swinarski, który w Teatrze Starym w Krakowie zaprezentował niezapomnianą wersję Wyzwolenia. Jak głosi jedna z recenzji „Swinarski nie pomija niczego lub prawie niczego z propozycji poety. Nie tylko myślowych. Nie pomija również jego wskazówek teatralnych. Z pierwszych buduje logikę myślową swego przedstawienia. Z drugich (zdumiewające, jak skrupulatnie je wykorzystuje!) – logikę artystyczną. Własne pomysły reżysera nigdy nie przeinaczają tu myśli i wskazówek autora. Z nich się wywodzą. Gdy trzeba, dopowiadają coś, co nie jest do końca dopowiedziane i określone; wyjaśniają, co mało klarowne i zbyt zawiłe; precyzują znaczenia i określają szczegóły z tą ulubioną przez Swinarskiego dosłownością i rzeczową konkretnością, przeciwną wszelkiej mglistej symbolice. Ale są w owych „dopowiedzeniach” rzeczy kapitalne, pomysły wielkie, które w końcu decydują o kształcie tej inscenizacji i jej niepospolitym sukcesie”. W spektaklu tym chór stanowili pracownicy teatru, rzeczywistość i sztuka ciągle przenikały się. Jedna była lustrem dla drugiej, a w tym wszystkim Konrad, kreowany przez Jerzego Trelę i jego kręta droga ku samopoznaniu. Sześć lat później spektakl został zaprezentowany największej widowni w Polsce, a mianowicie widzom Teatru Telewizji, dziś zaliczany jest do stu najlepszych spektakli telewizyjnych.

Mając tak licznych, niekiedy wybitnych poprzedników, po Wyzwolenie sięga Krzysztof Jasiński. I chociaż Polska jest dziś wolnym krajem, a postulat wyzwolenia z niewoli politycznej nie jest już tak bliski, to krakowski spektakl jawi mi się jako boleśnie aktualny, ponieważ bezlitośnie obnaża nasze prawdy przemilczane. W XXI wieku wciąż tłumimy własną myśl, przywdziewając komfortowe maski obiegowych poglądów. Przyzwyczailiśmy się traktować literaturę oraz jej adaptacje „na niby”, nawet jeśli zawiera ona utrwalony obraz kultury duchowej narodu. Wygodnie jest siedzieć i podziwiać widowisko o najwyższej artystycznej klasie jedynie za pomocą zmysłów. Jasiński idzie jednak o krok dalej, zmuszając widza, by ten zamienił emocjonalny sposób odbioru na rozumiejący. W Teatrze STU nie da się tylko podziwiać. Intymna scena i bezpośrednia konfrontacja z przyszpilającymi oczyma Konrada każe współodczuwać z nim kolejne sceny. Zatem nie walczę, poddaję się woli Konrada i zaczynam traktować sztukę jako źródło prawdy i życia. Dostrzegam swój bierny patriotyzm, zdumiona, iż nawet nie zauważyłam kiedy dyskusja i puste gesty zastąpiły realne działanie. Odrabiam zaległe lekcje, które choć bolesne, wydają mi się konieczne.

W procesie tym zdecydowanie pomaga mi sposób, w jaki potraktowani zostali bohaterowie dramatu, albowiem ci sami aktorzy, którzy wykreowali postaci w Weselu, teraz tworzą ich kontynuacje w Wyzwoleniu. Zabieg ten sprawił, iż koncepcja traktowania Wesela, Wyzwolenia i Akropolis jako trylogii stała się logiczna i zrozumiała. Połączenie dialogów z melorecytacją oraz śpiewem doskonale oddaje panujący w dramacie porządek poezji, w którym kolejne obrazy zachowują jedność treści, nie zaś ich fabularną konsekwencję. Całości dopełnia fenomenalna gra świateł oraz wybitne kompozycje muzyczne, tworząc iście magiczną rzeczywistość. W tej niesamowitej scenografii wypowiadane są słowa, o których nam Polakom nie wypada i nie wolno zapominać.
c. d. n.

Magdalena Mąka
Dziennik Teatralny Lublin
18 grudnia 2014